2007-02-02 00:55:02 >> Minął rok... Co ciekawe, napisałem tylko jeden wpis w zeszłym roku. Dziwne, że mi konta nie usunęli :]... No cóż, rutynowo, przez Nic o wszystkim. Mianowicie, minął rok w moim związku. Nie będę się powtarzał, powiem tylko TAK, minęło tyle ile napisałem (dopowiem, że to z tą samą osobą i na dodatek jest... kobietą). Jest b. fajnie, przechodzi się przez wszystkie stadia, a może i nie, bo chyba niektórzy nie znają takich stadiów. Oby tak dalej. Maj coraz bliżej, wraz z nim rośnie temperatura, przynajmniej w moim otoczeniu, bo mnie dopadł jakiś marazm. Niemożność zorganizowania się itp. Ciekawe czym to się skończy, w końcu, co by nie było, choć wątroba już nie ta przetrzyma kolegów z technikum... Ludzie się niestety nie zmieniają, a jeśli tak to robią to ci, którzy nie powinni. Można jedynie zaobserwować wzrost zamożności u panów w autobusach, podróżujących w swetrach z czasów swego liceum, z tą boską czarną torbą z materiału na ramieniu, z dwiema kieszeniami różnych rozmiarów. Znajomi, jak to znajomi, są to ich nie ma. Większość poszła się uczyć, więc, piję bardziej samotnie, ew z młodszymi, którzy nie czują presji. Chmmm to ja tu już "piszę" od 5 lat? Patrz pan, jak ten czas leci. A zaczęło się od Oli Sz. Co to były za czasy... Ludzie tyle nie żyją... W każdym razie, jak każdemu zbiera mi się na wspominki i to te takie "najgorsze”, bo o tych dobrych, ale nie najlepszych czasach. O tym szarym szczęśliwym poniekąd życiu. Wszystko zmierza i tak do starej dobrej zasady, że niewiedza to dar, a idąc za Kazikiem al'a Tom Waits "niepamięć to dar". Co ciekawe, w prasie można coraz więcej wyczytać o smutnych nastolatkach i o tym, że ich "lenistwo" wcale nie jest tym czym jest. Niby miło, bo nadal zaliczamy się do nastolatków, ale z drugiej strony, gdy ktoś się weźmie do roboty to nie ma czasu na takie dyrdymały, w stylu "A jak się nie uda...". (Tam chyba powinien być znak zapytania) Co by nie było, choroba, czy nie, to od opierdalania się wynika więcej uzasadnień na opierdalanie. Ja jestem żywym wyjątkiem, bo się opierdalam, ale w żaden sposób sobie tego nie usprawiedliwiam. Żałość. Tak myślę czy pisać o tym co było, ale to chyba bez sensu, streszczanie pół roku to nadmiar wysiłku, nuda, a do tego i tak nie o wszystkim się napisze. Zatem, plany każdy jakieś ma, ja np. medycynę, dumnie w nią mierzę z procy kaliber 40 i 4, (że tak przyszpanuję na wiele sposobów). Wraz z trendami ludzie nadal idą na SGH, psychologię oraz prawo. Paru znajomych na tym ostatnim się przyda, bo jak się komuś źle nereczkę zaszyje, albo uśmiech nazbyt poszerzy, to dobra argumentacja się przyda. Ja to z życia coraz mniej rozumiem. Siedzę o pierwszej w nocy, w ferie, w dzień przed wjazdem na narty i nie wiem co robić. Tam przepisywałem biologię, fotosyntezy itp., w głowie szumno od ogniw i elektrolizy, a z góry działa na mnie księżyc z siłą F=GMm/R2, czy jakoś tak. Jak tu żyć ja dalej pytam? Bo lekarz to musi wiedzieć wszystko co widzi, a prawnik z SGHowcem to se gdybają jak z tego co jest zrobić coś nowego i na tym zarobić. Pomijam aspekty moralne, który i tak każdy ma w dupie. Może nie jako „młody, ambitny i planujący wszystko zmienić student”, ale z czasem każdy na nich pluje (w sensie studentów). Bo to jest w sumie zaraza. Ja to ich akurat nigdy nie lubiłem. Od czasów, gdy mają zniżki 5zeta na KULT z stodole. A to, z jakiej okazji? To on se dorabia na rozwożeniu pizzy, a ja biedny licealista, ze szkoły za kafla za miesiąc (i ciągle rośnie). Poza tym studenci to taka odrażająco, średnio odcedzona, lecz ciągle za mało, zgraja. Takie już coś ale nic. Jakby tak pić wódkę z kanistra zza wschodniej granicy. Niby kopie, ale jednak nadal za ciemno przed oczami. Taka sraka, a nie piękny śmierdzący stolec. A my wszyscy do tego dążymy. skomentuj (0) 2006-07-11 22:26:19 >> powrót i wiele innych Rutynowo, notka obejmuje przedział czasu od ostatniego wpisu, a i tak wszystkiego nie ujmę... Od początku... Poznałem ja dwa lata temu, na pewnym, ot zwyczajnym obozie tenisowym. Historia jakich wiele, a nawet więcej, bośmy wcale za sobą WTEDY ;) nie przepadali iśmy się ino ciągle kłócili :). Takoż to trwała te dwa lata niecałe. Spotkanie raz na jakiś czas pod Bellem (szkoła ang.) i pogaduszki z docinkami trwające raptem 10-15min. Ale coś mnie tam do niej ciągnęło :). Ażem ją razu pewnego brutalnie porwał spod Bella i poszliśmy do odwiecznego Zakątka. Tam sobie nawtykaliśmy za wsze czasy przez bite dwie godziny i kiedy ją odprowadziłem na przystanek i kłótnia osiągnęła apogeum to... ... i wsiedliśmy do tramwaju i każde pojechało w swoją stronę. :) Takowoż to trwa po dziś dzień, z małymi zawirowaniami, kiej nawet w jeziorze prądy bywają... Plus jedno cudne przypieczętowanie, które miało miejsce 3go :)... zainteresowane strony wiedzą o co chodzi, a reszta... niech nie udaje takich zbereźników... :] A powrót niestety nie uroczysty, bo witać nie miał mnie kto, ale poczekam i dotrwam ;)... Miesiąc na morzu uczy pokory... Wszystkim wam polecam. Nie ma nic lepszego niż taki kontakt z żywiołem. 25m nad pokładem przy gibiącym się okręcie trzymasz się samymi łokciami potężnej, żelaznej belki, którą byś ledwo objął rękoma i przyszywasz do niej żagiel. Do tego stoisz na chybotliwej stalówce i jesteś wpięty szelkami "bezpieczeństwa" szeroko rozumianego... Wypaść z nich to żaden problem. A nawet jeśli cudem wpadniesz do wody (po zderzeniu z pokładem nie masz szans :]) to z takiej wysokości ma ona niemalże właściwości betonu... Zatem nawet jeśli nie zginiesz na miejscu, co się zdarza, to będziesz powoli tonął z połamanymi kośćmi. Gdy się jednak zdarzy, że nie utoniesz to w wodzie o temp. 15C wytrzymasz raptem 30min. "Raptem" bo zanim ktoś zauważy, że wypadłeś, zanim ktoś wszcznie alarm i zwodują motorówkę, zanim do Ciebie dopłyną, zanim wyłowią i przebiorą w suche rzeczy to minie 45min jak nie 1h... :]... Zakładając jednak, że wyłowią cię, przebiorą i w ogóle, to obrażenia wewnętrzne będą tak duże, ze będziesz im odchodził na oczach. Tak samo po zderzeniu z pokładem. [[[Chyba, ze obok jest Kruzenstern (taki radziecki wielki żaglowiec) który ma na pokładzie salę operacyjną...]]] I to JEST PIĘKNE. Chyba jednak nie dla wszystkich bo tylko ja z moim funflem lat 25 wchodziliśmy na te reje :). Ano, wszak wszyscy wiemy dlaczego Bóg kocha wariatów :). Gdyby ktoś nie wiedział to odpowiedź jest prosta. Po prostu bardzo wielu ich stworzył. Co by tu jeszcze? Chyba ma odporność alkoholowa przepadła. Stwierdzam to z bólem, ale tak chyba właśnie jest... Co się nie urżnę dużą ilością, bądź co bądź, to nazajutrz rzygam jak kot :]... nawet po francuskim winie za 4 euro ;P. Może to kwestia, że pierwsze dwa były czerwone wytrawne a następne dwa białe pół słodkie ;P... a może to te cztery piwa... no w każdym razie jest gorzej aniżeli kiedyś... Ale to chyba znacie, wiec zanudzam. Co by tu dalej? chyba nic. Ewewntualnie coś dopiszę. Ogólny koniec rejsu jest taki :było chujowo,a na pewno średnio fajnie. Tak czy siak, cytując " 7 samurajów" "Po raz kolejny udało się przeżyć." skomentuj (0) 2005-12-24 11:08:16 >> no czeeeesc toz to juz 3 rok mej smutnej egzystencji blogowej wymuszonej niejako przez Ole, ktora bardzo polubila "Weronike"... Ciekawe czy jescze pamieta i czy zaluje :], ze bylo inaczej :) O swietach nie powiem nic... poza tym, ze w zasadzie z roku an rok wychodza coraz gorsze... A moze to spowodowane tym, ze mam na karku araba z ojcem mafioza, ktory chmm.. stweirdzil,z e mnie zakopie gdzies w lesie, za to, ze jak bylem pijany to jego panna nie miala oporow i trochesmy pobaraszkowali. Wiem, wiem, wiem... CALY ja "Wreszcie masz za swoje...", "I dobrze ci tak chamie...". To sa zapewne wasze obecne komentarze... Ale szczerze... Nie smieje mi sie umierac primo, z braku milosci w tym co bylo, secundo z powodu, ze panna (jak spotkalem sie w 90% opinni po przedstawieniu sytuacji) sie puscila... No pardonsik... Poza tym... Ktoz rozsadny opisal by TAMTA no na swoim... BLOGU :]... I ponoc wiedziala, czym zajmuje sie ojciec kolegi... No prosze.. i w ten sposob, co 2-3 dni odzywa sie na gg "aRAB" i zaczyna gatke szmatke a konczy na tym, ze "bede cierpial dlugo i okrutnie...". Tak, tak, tak... Przykro mi, ze urazona duma wybitnego prawnuka z plemienia Mahometa uznaje, ze naprawa tego jest smierc niewiernego... Coz w koncu jest na topie... Dzihad te sprawy... Tylko jedna kwestyja pozostaje... Skoro wy o tym wiecie... to moze nie dacie mi przepasc bez slowa? Bez echa... Wszak, chcialbym by moi starzy kiedys dowiedzieli sie co sie stalo.. Ilekroc... ktos nie uprzedzi biegu wypadkow... Ale tym to niech sie Allah z Bogiem zajma... (pomijajac fakt, ze to jesten i ten sam koles... Ale widac... niektorzy nie chca tego przyjac do wiadomosci :]...) Wracajac... Gdyby ktos sie garnal zaczynac z Syryjska mafia to zapraszam na gg nr 5961022 (kolega nazywa sie Amin Mangaista... Dalej nie znam) po tym nr: 5386694 (Pani nazywa sie Joanna [nazwiska zbyteczne] Chodzi do mnie do szkoly... Jakby ktos nie wiedzial, niech pyta mego brata... reszty nr jakos tam dojdziecie.... Chwilowo musze konczyc, ale jeszcze dopisze... skomentuj (1) 2005-06-11 22:49:17 >> 2247/ 78,4 KD 60o KK 66o prędkość 9,7kn, wiatr SES7, morze 8, zachmurzenie X, widzialność 7, 988hPa No i stało się co stać się musiało, a co się stało to już każdy dobrze wie. Wymarzony "samotny" rejs się skończył. Trwał cały miesiąc, ale po tym jakie wieści czekały jedno jest pewne, mógłby się nie kończyć. Wszystko zaczęło się w Warszawie na lotnisku. Pierwszy rzut oka na przyszłą załogę przyprawił mnie w odczucie, że chyba trafiłem na szkółkę niedzielną... Po przylocie do Barcelony sprawa miała się krótko. Zaokrętowanie na statek, kolacja z suchym chlebem, który towarzyszył nam już do końca rejsu, i spanko. W małych i dość niewygodnych kojach. Poranek przywitał nas słonecznie i to jedna z dwóch rzeczy jakie pamiętam z tamtego dnia. Drugą był spacer na reje. Jeszcze w porcie, a już wtedy wiele osób miało problemy z wejściem. Nie wspominając o wyczynach przy 7 Beuforta. Kurs na Barcelonę. Miasto jak to miasto ładne. nic nadzwyczajnego pisać o nim mi się nie chce... Kto chce coś wiedzieć niechaj spyta, tudzież sam pojedzie :]... Po paru dniach bezowocnej żeglugi na silniku, po morzu gładkim jak stół urozmaiceniem były pojawiające się delfiny... W końcu jednak udało nam się dopłynąć do Malagi. Pierwszy potężny melanż, na którym moja kochana załoga udowodniła, że nie jest zniewieściała na jaką wygląda, choć były w niej aż 24 dziewczyny... ///Naturalna przerwa po ciężkiej nocy/// Następnym portem (wspomagając się mapką na stronie EPZ) był Gibraltar. Ale tam stanęliśmy tylko na parę godzin, aby pokłócić się z Angolami i cenę wycieczki z 16 funtów zniżyć na 3 euro... Prosto z Gibraltaru rzuciliśmy się z prędkością 0.9knota z polska "węzła" na Atlantyk... Cóż... Dzień i poranek dnia pierwszego zaowocował serią główek ślicznie wyglądający zza/za burty(ę). No bo jak określił kapitan "Fale są po to, żeby oddzielić szczury lądowe od żeglarzy". Oczywiście nie musze mówić, że mi choroba morska się nie udzieliła w najmniejszym stopniu... :P Po przeklętym mglistym lądzie, który co nie dziwne, przywitał nas deszczem, nadeszła kolej na Kadyks. Tam się działo, ale się działo... (((Sory sorze ale tu musze se ulżyć))) Tak żeśmy popili, że cud, iż sam trafiłem na statek. Plaża jeszcze niegdzie nie była tak gorąca, a piwo takie zimne. Do tego El Chomiko z gitarką i panienki ze śpiewnikiem, po prostu raj. Wyłem do księżyca jak zwierze, a jeden kolega przesadziwszy z Ambrozją zaczął biegać po prawie pionowych skałach. (koniec (do sora)) No a po Kadyksie stolica Portugalii, boska Lizbona (nie do sora). No nie taka boska, bośmy jeden wieczór z kumplem popierdalali i za chuj niczego nie mogliśmy znaleźć. Dopiero jakeśmy nazajutrz do koleżanek się podłączyli (bo znowu akcja zaczynała zdawać się na tragiczną) to dwie portugalki zaprowadziły nas na zamek gdzie miała być jakaś impreza. i Była, a w zasadzie po niej. Ale POLAK POTRAFI! Weszliśmy i patrzę, a w rogu świeci piękny zielony namiot Heinekena, a za barem torby, smycze i znaczki... No to sie spytałem "How much for bag?" "Ejt birs" brzmiała odpowiedź, po szybkiej wymianie zdań wyszło, że za torbę, smycz i mrygadełko wyjdzie 11 browarów, ale moja szkołą poszło 10. Potem jeszcze powiedziałem, że koleżanka też takie zamówienie składa........... Suma sumarum wyszło, że za 18 piw na dwie osoby dostaliśmy 2 torby, 4 smycze, 8 mrygadełek i jeszcze tackę pod browary dostałem :D... Oczywiście skrzyknąłem bliskie mi koleżanki by wspomóc mój wielce, lecz nie dość, pojemny żołądek. Tak rozweseleni wróciliśmy na łajbę. Ludzie, kocham LIZBONĘ :]... (((DO SORA))) Po Lizbonie była La coruna, ale tam nic się nie działo, poza przejściem 7km trasy do irlandzkiego baru, który znajdował się 500m od nas... ALE ZA TO PRZELOT PRZEZ BISKAJE TO BYŁO COŚ!!! Fala 7-8, wiatr 8... a my na rejach i zwijamy żagielki... To się działo... Myślałem, że mi łapy odpadną od trzymania krypy na kursie... Typowe co godzinne zmiany na funkcjach zamieniły się w 30min walki z żywiołem. Jedyna zaletą takich warunków, był fakt, że wiało nam od rufy, a nie tak jak cały czas, w mordę... W ten oto sposób pokonaliśmy trasę planowana na tydzień w 2 dni... Następnym portem na trasie było Portsmouth. Stwierdzam jedno... NIENAWIDZĘ zdania "Do you have ID?"... i to z tym ziemniaczanym akcentem!!! i co gorsza jeszcze nie dało się wcisnąć "pamiątek dla mamusi" innym, którzy mieli stosowną plakietkę... PORAŻKA... Z czego te sklepy u nich żyją? W Polsce to 3 dni i by upadł... Zaletą tego portu była Her Majesty Ship "Victory" z bitwy pod Trafalgarem w 1805 roku (kto nie wierzy niech sora Wywiała spyta). Łajba wręcz niepowtarzalna w swym ogromie i urodzie. To trzeba zobaczyć... I już nasz ostatni port... Bremerhaven. Wszystkim grzęzło w gardle zdanie, że to już koniec. Ale nie był wcale taki brutalny. Niemcy przywitali nas potężną burzą, ale za to stacjonował tam US. Coastguard "Eagle"! (((Taki Amerykański żaglowiec))) Nasze urocze blondyneczki nawet wkręciły się na zwiedzanie pomieszczeń pod pokładem... Nie wiem jak one to zrobiły :]... No i ta noc... Ta jedna noc... Niemiecki Pub, z.... polską kelnerką i brakiem głupich pytań o jakikolwiek dowód... a może tam od 16 sprzedają...? Po prostu raj. Żadnych kłótni po niemiecku, w których i tak bym nie umiał się wysłowić... TYLKO CIII ani słowa Wolańskiej, bo by się załamała :D... ;P... I tak od słowa do słowa dotarliśmy do końca naszej wyprawy.... Pierwsze pożegnania w porcie z Gafelkiem i Mirusiem. (Bosman i kuk(kucharz)). Nie wiem ile łez pochłonęły ich koszulki, ale spisały się jak nie jeden sztormiak. Potem całkowicie przespana podróż aż do Poznania. Tam pożegnanie z Waldziem (mechanikiem, uwodzicielem wielu pań)... Dalej przespana podróż do Warszawy i tam... O dziwo bez pożegnań. Wszyscy się rozproszyli jak świeże bułeczki... Może wizja, że i tak się spotkamy tak złagodziła rozstania... Am Ende (jeśli się nie mylę, miało być po niemiecku) Nie żałuję tego rejsu. Tam powinien pojechać każdy (tylko nie kiedy ja tam będę) i zawsze mieć na to czas. Mnie ten rejs zaraził i już cały jestem w morzu. Szkoła pod Żaglami to wspaniałe przeżycie, tylko nie zdziwcie się, gdy po powrocie nie będziecie mieli tak na prawdę do czego wracać, a wasza psychika zostanie zmieszana, pogryziona i wyjęta psu z gardła. Urocze panie z klas drugich potrafią to zapewnić... :]... skomentuj (2) 2004-11-02 22:48:00 >> notka jak widac powstała wczesniej, ale nie wsyztsko się do tego czasu skończyło... Cóż... Wakacje mają się ku końcowi, wypadałoby cos czasem skrobnąć na tym blogasie, bo wiadomo czy go nie usuną, że niby nie używany. A czasu w wakacje aż za dużo. Sprawa jest taka, że nic nie dzieje się na tym świecie samo z siebie i ta notatka musiała powstać na skutek oczywiście komentarzy do notatek, które niczym się nie różnią od siebie wyglądają na takie, jakbyście nie mieli co odpowiedzieć na moja prawdę, więc piszecie na odwal się usiłując mnie jedynie obrazić a nie cokolwiek pojąć i pozostawić po sobie treściwy komentarz... Zupełnie jak z moim młodszym bratem. No ale cóż tak to już bywa. Nie wiem czy pisać tu o tym co się wydarzyło, bo niektórym mogłoby to chyba przeszkadzać :>... Ale może załapie wenę po wejściu na solo-ziomal... Tam zawsze cos ciekawego piszą :]... Ech.. Nie minęło 30 sekund a okazało się, że strona młodego i ambitnego pisarza nie... Istnieje... Co za strata dla świata. W takim razie może ujmijmy w dużym skrócie co się działo od ostatniego wpisu... Była rocznica wojny, potem bierzmowanie, pogrzeb Jacusia... No i wysypały się dziewczyny jak z rękawa... Pierwszy wniosek: nie zarywać dziewczyn ze szkoły! Chyba ze właśnie kończycie tę szkołę :]... Związki są burzliwe, zwłaszcza, gdy wyrywacie sobie z kumplem jedną pannę, no chyba, że bardzo się lubicie z kumplem i macie ochotę się poznęcać nad małą idiotką, która myśli, ze jest pępkiem świata i nieudolnie temu zaprzecza. No a za drugim razem takie akcje dają jeszcze więcej radochy, nie Krzychu vel Krecie :]. Druga kobieta poznana... Zaraz, zaraz.... Chmm ach tak. Druga była... nie... Chyba Gabi, nie kojarzę dokładnie... W każdym bądź razie Gaba okazała się kobieta z krwi i kości i takim temperamentem, ze idealnie do siebie pasowaliśmy... i tak wyszło, ze wytrzymaliśmy raptem 3 miechy (nie pełne bo od faz księżyca liczyłem) bo tak to już bywa... nic nas nie mogło poróżnić... a rozstanie było jak zwykle SMSem.... z jej strony. Tak jest chyba wygodniej, jak Cię dziewczyna rzuca. Ja bym nie potrafił rzucić. Czułbym się winny :D, a tak robię kilka nie właściwych akcji i brudna robota jest wykonywana za mnie ale oczywiście tak, by można było w każdej chwili wrócić. Dlatego też ten związek trwał aż a nie tylko 3 miesiące, bo miałem równocześnie i tą ze szkoły, i Olcie i Agusie. Właśnie Olcia. To ten mój kryształ, o którym tyle rozpaczałem w poprzedniej którejś notce. Rozpacz szybko znikła i został mały po niej zarys, a tragedia przerodziła się w życie codzienne, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem, cnoty się nie wróci(o jakie fajne :D). Z Olcia się znamy... półtora roku i ona zawsze zajęta była i dla Weroniki i dla Maćka. Chociaż z Werką to miała się czas spotkać i nawet ponaglała do spotkania ;). Nasza znajomość zacieśniła się, podczas jej związku z Miczelem -__-" (^$^)!@$!!! (człowiek porażka... według mnie! Kto chce niech myśli inaczej). Tak sobie gadaliśmy na gadzie, doradzałem jej trochę, aż nadszedł moment na szczere wyznania (niestety również SMSami, a co gorsza okres na ich wykonanie był ograniczony czyt. dł. kryzysu w związku) i nic z tego nie wyszło jak się łatwo domyślić... Ale wyznania pozostały i czekały pół roku do czasu aż mogliśmy się spotkać dopiero po raz drugi w życiu... Więc jak wypada poszliśmy do kina... dosłownie. Prawie, że równolegle z Gabi, zacząłem majlować :P z Agunią. Bardzo fajną dziewczyną lubiącą się uśmiechać, która na moje nieszczęście pokochała mnie bez pamięci :/ i to ona głównie stała się przyczyna rozpadu z Gabi. Oczywiście nie od razu. Najpierw chodziłem z obiema no i z Olcią się spotykałem (raptem 2 razy :P), bo inaczej to bym chyba wykorkował. Agunia ma to do siebie, że nie sposób o niej myśleć, gdy jej nie ma przy Tobie lub nie daje w jakiś wyraźny sposób znaków życia. Nie to co z Gabi... o nie ta to milczy i ci wyrzuty robi, ze do niej nie piszesz., ze ja olewasz itp... (okres od którego była mowa o olewaniu zaczynał się powyżej 3 dni milczenia). W sumie nie wiem co o niej pisać, wszak tu nie o to chodzi. Jeszcze... nie ważne. Chyba po raz pierwszy poproszę o komentarze do tej sytuacji. Ach, żeby nie było, ona już się skończyła, tudzież jest na wykończeniu. Moje opinia jest taka, ze nie potrafię być z kobietą, ale to „okłamywanie” jak wy to pewnie nazwiecie nie jest celowe i nikogo nie krzywdzi, bo każda z nich dostała to czego potrzebowała i były szczęśliwe i same skończyły to co ja zacząłem. Mym zdaniem winnem dać sobie spokój na jakiś czas z kobietami i znaleźć może taką, którą pokocham i będę mógł z nią być. Bo znam jedną która kocham, ale nic się nie da w tej sprawie zrobić... :/ Aha... Kumple i ziomki miczela mogą se dać siana bo znam ich opinie już na pamięć, no chyba, ze kolega Stański coś dopowie bo zdaje się być rozumną bestia. Salut. skomentuj (10) 2004-01-28 23:38:29 >> "To jest jż koniec..." To już nie ma sensu... Wszystko skończyło. Jedynie najbardziej szkoda mi tej Olki. Ale co począć... Może kiedyś zrozumiecie... Najbardziej dobiła mnie dzisiejsza rozmowa Olki z Xenią. W zasadzie nie mogłem się niczego spodziewać. Skąd mogłyście wiedzieć, o co mi chodzi. Szkoda jednak, że nie doszłyście, czemu tak naprawdę „połączyłem” was, żebyście pogadały. Miała być jeszcze Marysia. I była, ale jednak za późno. Cóż i tak cud, żeście się jakoś zgadały, nawet, gdy nie o to poszło... Szkoda mi tak z wami kończyć, ale to jedyna możliwość. Nie widzę wyjścia z tej sytuacji. Miałem takie chęci się z wami spotkać, lecz to by mnie tylko bardziej pogrążyło. W końcu taki „bosu” jak ja trafił na kamień. Trójka szalonych nastolatek, które mogłyby być i może będą najlepszymi kumpelami aż po grób. I znowu nie pasuje mi tu Marysia. Może jak wrócisz Xeniu do Polski i spotkasz się z Olka to przez Aśkę poznacie również Marysię... Ona właśnie jest tu „świeżo” poznaną w porównaniu z wami osoba. Ale wy się uzupełnicie. Pomożecie sobie w waszych problemach. W końcu... Nie tak nie usilnie jak ja to robiłem. Bo przecież Xenia (22:09) w koncu dziewczyny sie rozumieja,nie? I o to w tym chodzi. Każda z was ma takie problemy o jakich się drugiej nie śniło. Może z wyjątkiem Xeni... Ale w końcu, gdybyście były identyczne to byście się sobą znudziły. OLKA... Cóż, znamy się rok i ani razu się nie spotkaliśmy by pogadać o tym co nam zawsze zajmowało czas na GG. Jaka ironia... Jakie nieszczęście mnie spotkało wiedzieć o tobie tak mało z tego jaka jesteś w rzeczywistości. Gdybym Cię pojął całą nie mógłbym żyć normalnie. Przeżyliśmy razem wiele chwil ważnych dla Ciebie. Nie raz się pożarłem z Twoim chopem, którego teraz zostawiasz. Dziwne, kiedyś bym się cieszył, ze mogę teraz do Ciebie „startować” ale to by nie miało sensu. Za dużo o sobie wiemy. To byłby nasz problem. Każda miłość powinna mieć jakąś tajemnicę, ale jak Ty sama mówiłaś, „za dużo o mnie wiesz”... Smutne ale prawdziwe. Jak byliśmy razem na koncercie i nie odezwaliśmy się do siebie słowem, mierząc się jedynie lodowatym wzrokiem. A przecież dzień wcześniej zarzekaliśmy się, ze będziemy gadać i martwiliśmy się, ze zabraknie nam tematów. Jedynie Aśka wprowadzała życie. A teraz chciała mi nóż w plecy wbić razem z Mery i cała ich gromadką. Ty chyba też tam miałaś być... Ale cóż, plecy mam całe, ale lewą pierś podziurawiona jak sito. Dobrze, ze nie było już co tam zabijać. *** XENIA Samo Twoje imię zawsze wzbudzało wiele odczuć... Póki nie pojawił się serial :/... My też się za dobrze znamy i nie wiem, czemu Cię prosiłem o chodzenie. Tak samo jak Olkę i Marysię. I to prawie w tym samym tygodniu. Stało się tak, bo jak wy dwie wiecie, nie potrafiłem dłużej żyć bez kobiety. Patrzeć jak inni się całują i ściskają. Myślałem, ze mnie to ominie, ze nie będę tego potrzebował. Tak też się stało, jednak w momencie, kiedy ostatni raz mogłem kogoś mieć. Lecz w tych sieciach życia, straciłem nad tym wszystkim, co długie lata budowałem, panowanie i zaplątałem się. Ciebie tez pierwszy raz objąłem z uczucia, jakie we mnie było. Wtedy na sesji w parku na huśtawkach. Poczułem zapach Twoich włosów i pomadki:/... Zachłysnąłem się Tobą i utopiłem w tobie. Szkoda tylko, ze dopiero na Twoim blogu dowiaduje się, ze kogoś masz w tym Berlinie. Czy ty tez myślisz tak jak Marysia, ze lepiej czegoś nie powiedzieć a może się upiecze i przejdzie niezauważone?? I nawet teraz, w najśmielszych oczekiwaniach, gdybym tą miłością miał się okazać ja to i tak nie miałoby to sensu. Marysiu Jesteś „najmłodszą” w tym gronie. Miejmy nadzieję, że Olka z Xenią zaopiekują się Tobą i pogadają z Tobą o „wszystkim”. Nie możesz tego w sobie chować. Pójdź z tym do nich, a nie zawiedziesz się. Szkoda również, że nasza znajomość zaczęła się od tych kłamstw i tej Honoraty. Jedynej osoby, jaką w moim życiu uznałem za zbędną i niepotrzebną jak wyżuta guma do żucia. Brakuje mi innego określenia, wybacz. Mogłaby ona nie istnieć. Nie przeszkodziłaby naszej znajomości i mógłbym również kumplować się z Xenia i Olką. A tym samym wychodzi na to, że gdyby nie Ty.... Moje życie byłoby normalne. Dalej rozwiązywałbym problemy Olki, może będąc z nią. Może dalej bym patrzył na wiecznie wesołą Xenię, być może patrząc na jej uśmiech w takich sytuacjach, w jakich nikt inny by go nie zobaczył. Może byłbym normalnym buntownikiem, który by wymordował z wielką chęcią połowę świata a teraz musi stać się ascetą, bo mi zrujnowałaś życie ta swój Honoratą. Ona była kamyczkiem, który ruszył lawinę. Wszystko się dokonało właśnie przez nią... Znajdź sobie kogoś, z kim będziesz mogła normalnie pogadać, pozwierzać się. Kogoś, komu będziesz mogła powiedzieć to, co mi chciałaś powiedzieć. O Honoracie i Kasi zapomnij. Olce i Xeni nie musisz nic mówić. Ale cokolwiek powiesz, one wysłuchają, zrozumieją i pomogą Ci. Na nie możesz liczyć. Sorki, za te kłótnie i sprzeczki o ten telefon. O to, jak Ci ostatnio życie, i tak zagmatwane, zagmatwałem. Wybacz, ale tak wyszło *** Bo wszystko, co tam maiłem oddałem wam. Wiedziałem, że nie żyję dla siebie, lecz dla kogoś. Dla kogoś takiego jak wy. Żeby żyć waszym życiem i spróbować wam pomóc. Wiem, że być może teraz wam sprawiam tym wiele kłopotu, ale mój czas się skończył. Mam nadzieję, że wszystkie mnie zrozumiecie i wybaczycie.... skomentuj (7) 2003-12-23 12:59:23 >> Aż żal dupę ściska... Święta, święta a co mnie tam święta... Jest źle i będzie jeszcze gorzej. To było tyle z rutyny. Ludzie wy się nauczcie czytać. Ja już do was siły nie mam. Patrząc jak się sprawy toczą to tu już nic nie można powiedzieć... Jesteście pomyłką, lub masą , która nie wie czego chce. Albo jej jedynym celem jest odnajdywanie samych negatywów i takie czytanie miedzy wierszami by zaraz odnaleźć obrazę na swój temat. To jest wręcz śmieszne i z tym trzeba walczyć i tak długo czytajcie, aż upewnicie się i odkryjecie, że nikt was nie obraża, a są to jedynie czyste sugestie i wewnętrzne przemyślenia „debila”... skomentuj (3) |
|